Strona:Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Beaupré).djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zachwytem obejmie teraz dziecię swoje, jak je do piersi przyciśnie, jakiemi pieszczotami okryje drobne jego ciałko. Stało się przecież inaczej. Inne ręce ujęły dziecię z rąk cudzoziemca i poniosły je w głąb pałacu. Marchesa została. I naraz dreszcz płynący z samych głębin jej duszy wstrząsnął całą jej postacią. Usta jej zadrżały, w oczach stanęły łzy, posąg ożył. Zorza rumieńca oświeciła całą jej drżącą postać, począwszy od marmurowo bladej twarzy aż do drobnych stóp, bielących się na czarnym marmurze schodów. Co mogło być przyczyną rumieńca? Czy w tej chwili dopiero spostrzegła się Marchesa, że w pośpiechu macierzyńskiej trwogi nie zdążyła obuć drobnych stopek i że lekki ubiór, otulający jej postać nie dość szczelnie przysłania śnieżne jej ramiona? Skądże ten dziwny blask stęsknionych oczu? i kurczowe drżenie białych rąk, które, gdy Mentoni do pałacu powrócił, spoczęły jakby przypadkowo w dłoniach cudzoziemca. Co znaczą wreszcie słowa, które szepnęła mu na pożegnanie?
— Zwyciężyłeś! nie zawiódł mnie cichy szmer fali. Zwyciężyłeś! W godzinę po wschodzie słońca spotkamy się. Tak być musi.
Ucichła wrzawa, światła w pałacu pogasły, a młody cudzoziemiec, który mi był dobrze znanym, oglądał się, szukając gondoli. Ofiarowałem mu oczywiście swoją, wyszukawszy poprzednio nowe wiosło i popłynęliśmy razem do jego mieszkania.
Cudzoziemiec ów, którego chętnie tak nazywam, bo przecież był on zawsze gościem