Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zdaje mi się — rzekł złotnik — że widzę tu z gęstwiny liści wychodzące najrozmaitsze postacie, geniusze, osobliwe zwierzęta, młode dziewczyny i kwiaty, a jednak wszystko to tworzy dość dobrze grupę drzew, po przez które świecą promienie słońca.
— Ah, panie — rzekł Edmund — albo ma pan głębokie poczucie i przenikliwe oko, albo też byłem szczęśliwszy niż kiedykolwiek w tej próbie. Czy nie zdaje się panu także, gdy się oddajesz gorącemu poczuciu natury, że tysiące istot cudownych patrzy na ciebie skroś drzewa o miłem spojrzeniu? To właśnie chciałem wykazać w tej kompozycyi i zdaje mi się, że cel osiągnąłem.
— Rozumiem — odpad Leonard tonem suchym i zimnym, — chciałeś się wyzwolić od wszelkich studyów i rozkoszować się grą własnej fantazyi.
— Nie, panie — odparł Edmund — uważam ten sposób pracy według natury, jako studyum najlepsze i najużyteczniejsze; w tem widzę prawdziwą poezyę. Malarz pejzażysta powinien być poetą, jak malarz historyczny: inaczej będzie tylko lichym uczniem.