Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go jak obcego, nie po prostacku albo z szyderczem lekceważeniem, ale z uprzejmością należytą, nie może przeto charakteru swego postradać.




Coraz bardziej zmniejszała się ciżba; coraz pustszy a pustszy stawał się rynek. Handlarki warzywa składały swe kosze częściowo na przyprowadzone ze sobą wózki, częściowo same się z nimi wlokły, wozy z mąką odjechały, ogrodniczki zgromadziły niewyprzedany towar, zapas kwiatów na wielkie taczki, czynniejszą stawała się policya, aby wszystko, a zwłaszcza szereg fur utrzymać w należytym porządku. Porządek byłby nienaruszony, gdyby się nie zdarzyło, że jakiś schizmatycki syn chłopski tędy i owędy wpoprzek placu odkrył swoją własną cieśninę Behringa i pokierował się wprost ku bramie kościoła niemieckiego.
— Ten rynek — mówił kuzyn — jest to i teraz wierny obraz wiecznie zmiennego życia. Ruchliwa działalność, potrzeba chwili ściąga masę ludzką w jeden punkt; w parę chwil znowu wszystko pustoszeje.