Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łomionej straganiarki. Kubkiem kawy wynagrodziła tęgie, grube, jak pięść, oszczerstwo.
Ja. Z tego wszystkiego, coś ty tu wykombinował, drogi kuzynie, może niema ani słówka prawdy, ale, przypatrując się tym kobietom, wszystko to, dzięki twemu, pełnemu życia przedstawieniu rzeczy, wydaje mi się tak prawdopodobnem, że, chcąc nie chcąc, muszę w to wierzyć.
On. Zanim się odwrócimy od ściany teatru, spójrzmy jeszcze na tę tłustą, wesołą kobietę z twarzą, tryskającą zdrowiem, a która w stoickim spokoju i niewzruszności, ukrywszy ręce pod biały fartuch, siedzi na trzcinowem krześle, ustawiwszy bogaty stragan jasno polerowanych łyżek, noży, widelców, naczyń fajansowych, talerzy i waz z porcelany zastarzałej formy, filiżanek do herbaty, dzbanuszków do kawy, towarów pończoszniczych i Bóg wie czego jeszcze; a wszystko to porządnie rozłożone na białym obrusie, tak, iż cały jej zapas, zapewne sklejony z małych zbiorów, tworzy dziś prawdziwy Orbis pictus. Nie czyniąc osobliwej miny, słucha ona gadaniny tar-