Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ja. Widzę ją. Ma jaskrawą żółtą chustkę, na sposób francuski, jak turban obwiniętą dokoła głowy, a jej twarz jako też cała jej istota jawnie świadczy o jej narodowości francuskiej. Zapewne jaka pozostałość po ostatniej wojnie, która tu na suchym lądzie ocalała.
On. Nieźle powiedziane. Założyłbym się, że jej mąż zawdzięcza jakiejś gałęzi rękodzielnictwa francuskiego wcale piękny dochód, tak, że jego żona może obficie napełnić swój koszyk dobremi rzeczami. Teraz rzuca się ona w zgiełk. Uważaj, kuzynie, czy możesz śledzić jej bieg w najrozmaitszych kierunkach, nie tracąc jej z oka; żółta chustka świeci wciąż przed twem okiem.
Ja. O jakże ten żółty gorejący punkt przecina masę ludzką! Teraz już jest blisko kościoła, teraz znów targuje coś koło straganów, teraz — o, do licha! zgubiłem ją — nie, tam na końcu znów się wydobywa — tam koło drobiu — chwyta oskubaną gęś — obmacuje ją palcami znawczyni.
On. Dobrze, kuzynie. Utkwić wzrok, to kształci wyraźne spostrzeganie. Ale,