Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dość, dość! — zawołał radca — męczysz mnie. Któżby uwierzył, że sekretarz w swoim wieku popełniłby takie szaleństwo? Ale to słuszna rzecz, co bądź się stanie, muszę słowa dotrzymać: inaczej byłbym człowiekiem zgubionym. Tak, to postanowione, sekretarz otrzyma rękę Albertyny.
— Ale zapominasz, — rzekł złotnik, — o prośbie barona Benjamina i o przekleństwie starego Manassego. Jeżeli wzgardzisz siostrzeńcem tego żyda, masz w nim straszliwego wroga, wroga, który cię wciągnie we wszystkie swoje spekulacye, który się nie cofnie przed żadnym środkiem, coby ci odebrał kredyt, który korzystać będzie z każdej sposobności, aby ci szkodzić; i który nie spocznie, póki cię nie zrujnuje, nie zniszczy, póki Dałes, którego wezwał, nie osiedli się rzeczywiście w twoim domu. Słowem, w jakikolwiek sposób rozporządziłbyś córką, zawsze wpadniesz w ciężkie położenie; i oto dlaczego wydajesz mi się człowiekiem nieszczęśliwym i godnym pożałowania.
Radca biegał wzdłuż i wszerz po swoim pokoju, wołając: