Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w daleko żywszej barwie. Ktokolwiek cię napotka, śmiać się będzie z ciebie w oczy i co gorsza, mówić będą wciąż o twoich stratach z powodu bankructwa domu Campbell i będzie to klęska dla twego kredytu.
— O Boże! — zawołał radca — nędznik jutro o samym świcie musi mi oddać płótno!
— A gdyby ci oddał, o czem wątpię, na cóż ci się to przyda? Wyryje cię, jak mówiłem, na płycie miedzianej, odbije w setkach egzemplarzy i roześle do wszystkich wielkich miast handlowych, do Hamburga, do Bremy, do Lubeki, do Londynu.
— Ach, dosyć, dosyć! — zawołał radca. — Powiedz temu człowiekowi, daj mu pięćdziesiąt a nawet sto dukatów, aby się wyrzekł tej okropnej myśli.
— Ha, ha! — rzekł ze śmiechem złotnik. — Zapominasz, że Lehsen nie potrzebuje pieniędzy, że jego rodzice są zamożni i że ciotka oddawna zabezpieczyła mu fortunę, która wynosi osiemdziesiąt tysięcy dukatów.
— Jakto — zawołał zdumiony radca —