Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nieszczęsnemu sekretarzowi prywatnemu, który zna wymagania światowe. Jestem zrozpaczony i powiem bez obwijania w bawełnę: chciałbym, aby dyabeł cię porwał wraz z twemi wszystkiemi czarodziejstwami.
Złotnik puścił sekretarza, który upadł bez duszy na wilgotny trawnik.
Sądząc, że już jest w wodzie, Tussman zawołał:
— O wierna śmierci! o zielona łąko! Żegnaj, panno Albertyno. Żegnaj, czcigodny radco! Nieszczęsny narzeczony jest pośród żab, które sławią Pana w dni letnie.
— Uważaj, Tussman — rzekł złotnik — tracisz rozum i jesteś w stanie godnym litości. Chciałeś mnie tylko co wysłać do piekła. Co byś rzekł, gdyby ci tu sam dyabeł kark złamał?
Tussman jęczał, wzdychał, febra trzęsła całem jego ciałem.
— Ale — mówił dalej złotnik, — ja nie jestem zły i przebaczam ci twoje rozpaczne okrzyki. Wstań i idźmy stąd.
Złotnik pomógł sekretarzowi się podnieść, ten zaś mruczał:
— Jestem w twojej mocy, wielce sza-