Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 02.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nutach ciężkiego wzdychania, zaczął mówić drżącym głosem:
— Przyjacielu, jak mnie widzisz z tem ubraniem i Traktatem Mądrości Politycznej w kieszeni, przybywam z ulicy Szpandawskiej, po której tłukłem się całą noc od wczoraj. Nie wróciłem do domu; nie widziałem swego łóżka; nie zamknąłem oka.
Wówczas Tussman zaczął opowiadać wszystko, co mu się nocy poprzedniej wydarzyło, począwszy od pierwszego spotkania z bajecznym złotnikiem, aż do chwili, w której uciekł z winiarni, przerażony wszystkiem, co się tam działo.
— Mój drogi sekretarzu, — rzekł radca — wbrew przyzwyczajeniu piłeś zadużo i miałeś sny dziwadlane!
— Jakto? — zawołał Tussman — więc ci się zdaje, że spałem, że roiłem? Czy myślisz, że nie wiem, co to jest sen, a co marzenie? Mogę ci rozwinąć teoryę Nudowa co do snu — i dowieść, że można spać bez marzeń; dla tego Hamlet mówi: Spać, może marzyć! Co do widzeń sennych, to wiedziałbyś w tym przedmiocie tyleż co ja, gdybyś był czytał Somnium