Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


robić — pochód nie jest dość pochodowy — Ha, ha! — maëstoso — wleczcie się, dzieci! — Patrzcie, tam figurant ma rozplecione sznurowadło — Dobrze, poraz dwunasty — i zawsze uderzać na dominantę — O wszechmocne bogi, to się nigdy nie skończy — Teraz wyśpiewuje on swój komplement — Armida dziękuje z pokorą — Jeszcze raz? Oczywiście, brak jeszcze dwóch żołnierzy. — Teraz łomocze się recitativo. — Jakiż zły duch mię tu przypędził!
— Klątwa jest rozwiązana — krzyknąłem. — Pójdź.
Ująłem silnie pod rękę mego dziwaka z Thiergartenu — gdyż on to był, co gadał sam do siebie — i pociągnąłem go z sobą. Zdawał się oszołomiony i, milcząc, szedł ze mną. Byliśmy już na Friedrichstrasse, gdy naraz się zatrzymał.
— Znam cię — powiedział. — Byłeś w Thiergartenie — rozmawialiśmy dużo, piłem wino, rozgrzałem się, potem przez dwa dni całe dźwięczał Eufon — wiele wycierpiałem — ale to już minęło.
— Cieszy mię, że przypadek znów mię z panem zetknął. Pozwól pan, że się bli-