Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nem zachowaniem się tego człowieka i fantastycznością objawów zewnętrznych nadzwyczajnego talentu muzycznego, milczałem. Po chwili zapytał mię:
— Czy pan nigdy nie komponował?
— Owszem, próbowałem tej sztuki, ale wszystko, co napisałem, jak mi się roiło chwilowo, w natchnieniu, zdało mi się potem próżne i jałowe; przeto zarzuciłem te próby.
— Zrobił pan niesłusznie. Bo już to, że pan próbował, jest niezgorszem świadectwem pewnego talentu. Uczymy się muzyki w latach chłopięcych, bo tak życzy sobie papa i mama; przeto brząka się i gędzi, a niedostrzeżony bywa zmysł głębszego przejęcia się melodyą. Może to jakiś półzapomniany motyw piosenki, którą inaczej śpiewano, pierwsza własna myśl, a ten embryon, z trudem ożywiany siłą cudzą, dorósł do miary olbrzyma, który wszystko dokoła siebie pochłonął i przemienił w swój szpik i swoją krew. Ha, jakże to możliwe wyjaśnić tysiączne formy, przy pomocy których dochodzi się do kompozycyi! Jest to szeroka ulica Wojskowa, tu gromadzą się wszyscy, krzyczą, wołają: my jesteśmy poświęce-