Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


braku gotówki i t. d., aż w końcu wszystko się spływa w aryi z Fanchon, przyczem rozstrojona harfa, nienastrojone skrzypce, suchotniczy flet i spazmatyczny fagot rozżalają się nad sobą i nad słuchaczami. Tuż u parkanu, oddzielającego kawiarnię Webera od ul. Wojskowej, stoją liczne okrągłe stoliki i krzesła ogrodowe; tu oddychasz świeżem powietrzem, tu obserwujesz, kto wchodzi i kto wychodzi, tu jesteś daleko od kakofonicznego jęku przeklętej orkiestry; tu ja siaduję zazwyczaj, oddając się swywolnemu igrzysku swej fantazyi, co mi sprowadza oblicza miłych ludzi, z którymi rozmawiam o nauce, o sztuce, o tem wszystkiem co dla ludzi powinno być najdroższe. Coraz jaskrawiej toczy się przedemną tłum spacerujących, ale nic mię nie wytrąca z równowagi, nic nie rozpędzi mego fantastycznego towarzystwa. Tylko jakieś przeklęte trio nikczemnego walca wydziera mnie z krainy marzeń: słyszę jedynie skrzeczący głos górny wiolinu i fletu i grzechotliwy bas fagotu; razem unoszą się i opadają, zatrzymując się na rozgrzytanych oktawach i mimowoli jak ktoś, opanowany gorącym bolem, wołam: