Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niem, które mię ośmieliło tak, że powiedziałem:
— O, drogi panie, czy nie zechciał by pan zagrać przy mnie?
Twarz jego przybrała natychmiast wyraz niezadowolenia — i głosem powolnym a śpiewnym rzekł mi:
— Nie, mój miły studencie!
I na tem się skończyło.
Pokazawszy mi dalej bardzo wiele osobliwości, z których niejedna była czystem dzieciństwem — wziął małą skrzyneczkę i wyciągnął z niej rulonik papieru, który mi włożył w rękę i uroczyście powiedział:
— Jest pan miłośnikiem sztuki, przyjmij ten dar, który powinien ci na zawsze stać się drogocennym.
To mówiąc, lekko popchnął mię w plecy i ucałował mię na progu. W istocie rzec można — symbolicznie wyrzucił mię za drzwi. Gdy otwarłem rulonik papieru — znalazłem w nim ułomek kwinty na pół cala długości. Nad nutami napisane były te słowa: „Kawałki kwinty, którą znakomity Stamitz wykonał na skrzypcach, w czasie swego ostatniego koncertu“.