Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ły się światełka wesołych żarcików dziadka, które teraz dowcipniejszemi się jeszcze wydawały niż dawniej. Smutkiem i dziwną wesołością przejęły, nazajutrz rano stanąłem w K., i wysiadłem z powozu, który się zatrzymał przed pocztą. Poznałem zaraz dom rządcy i zapytałem się o niego.
— Z przeproszeniem... — odrzekł pisarz pocztowy, wyjmując z ust fajkę, i poprawiając szlafmycy na głowie, — tu niema żadnego rządcy, tu jest rząd królewski, a pan Amtsrath raczy jeszcze spać.
Pytając dalej, dowiedziałem się, że już od lat szesnastu umarł bezpotomnie baron Roderyk, ostatni dziedzic majoratu, a zatem tenże, stosownie do prawa obowiązującego podobne instytucye, przyłączony został do państwa.
Pobiegłem na zamek, zastałem go w ruinie.
Znaczną część jego cegieł, zużytkowano przy budowie wieży z latarnią morską, tak mnie przynajmniej zapewniał wieśniak, który nadszedł z sosnowego lasu i rozpoczął ze mną gawędkę. Opowiadał mi także o duchach, które miały przebywać w zamku i upewniał, że jeszcze dziś,