Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


można, że nic nie poradzi przeciw nieugiętej mej woli... — mówił baron, gdy mu justycyaryusz dawał do podpisania weksel.
Wielki ciężar spadł mu z piersi, gdy się dowiedział o wyjeździe nienawistnego brata, oddawna też nie był tak wesoły przy wieczerzy. Hubert kazał przeprosić, że nie przyjdzie do stołu, nikt jego braku nie poczuł.
V. mieszkał w jednym z oddalonych pokojów, których okna wychodziły na podwórze zamkowe. W nocy nagle się przebudził, i zdało mu się, że jakiś głuchy jęk sen mu przerwał. Napróżno ucha nadstawiał: było głucho jak w grobie; ów więc głos, co mu sen przerwał, widocznie był złudzeniem. Z tem wszystkiem jakaś zgroza i przestrach go ogarnęły, tak, iż zasnąć nie mógł. Wstał zatem i wyjrzał oknem. Po niejakim czasie ujrzał, jak się brama otworzyła, i jakaś postać z zapaloną świecą szła przez podwórze zamkowe. I widział, ja ta postać otwierała drzwi od stajni, weszła do niej i wkrótce wyprowadziła osiodłanego konia. Teraz wystąpiła z ciemności druga postać, w futrze z lisią czapką na głowie. V. rozpoznał Huberta, który przez chwilę z Danielem bar-