Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dniem stawał się widocznie młodszym. Zapewne żal po starym panu tak go zrazu zgnębił; teraz zaś czy to pokonał swą boleść, czy też, że nie potrzebował chłodnych nocy bezsennie przepędzać, a miał stół lepszy i wino do wyboru, dość, że z pochylonego starca przemienił się w krzepkiego mężczyznę z rumianymi policzkami, chodził raźno, i śmiał się głośno, gdy z jakim żarcikiem wystąpił.
Wesołe życie w K. przerwało zjawienie się człowieka, o którym dawniej należało pomyśleć. Tym człowiekiem był Hubert, młodszy brat Wolfganga, który na jego widok zbladł jak trup i głośno zawołał:
— Nieszczęśliwy, czego tu chcesz?
Hubert rzucił się w ramiona bratu, ale ten, nie odwzajemnił mu się uściskiem; porwał go tylko za rękę i pociągnął za sobą na górę, do najodleglejszego pokoju, i zamknął się z nim potajemnie. Kilka godzin rozmawiali z sobą, w końcu wyszedł Hubert z pomieszaną głową, i zawołał o swoje konie. Justycyaryusz zaszedł mu drogę; Hubert chciał go minąć. V. wiedziony przeczuciem, że zaszło nieporozumienie między braćmi, które tu skończyć