Strona:E. T. A. Hoffmann - Powieści fantastyczne 01.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyszedł do siebie, i zapytał starego, rzucając nań przenikliwe spojrzenie:
— No, a cóż tam na dole?...
Stary tymczasem zamykał drzwi napowrót, przyciskając je z wielkim wysileniem, i nie mało się nastękał i najęczał, nim z zardzewiałego zamku ogromny klucz wydobył. Skończywszy wreszcie swoją robotę, odwrócił się do barona, a wywijając wielkim kluczem, rzekł ze szczególniejszym uśmiechem:
— Tak, tam na dole leżą tysiące tysięcy; wszystkie piękne instrumenty nieboszczyka pana: teleskopy, globy, lunety...
— Ależ pieniądze, pieniądze — przerwał mu baron — wszak mówiłeś o sztukach złota?
— Ja myślałem tylko o tych przedmiotach, które wiele tysięcy złotych sztuk kosztowały.
Więcej niepodobna było ze starego wydobyć.
Teraz zdawał się baron być zadowolonym; raz przecie osiągnął środki, których potrzebował, aby najulubieńszy swój projekt mógł przywieść do skutku, to jest wystawić nowy wspaniały zamek. V. sądził wprawdzie, że według woli niebosz-