Strona:Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare T. 7.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ajax.  I owszem, na lwią chorobę, na dumę serca. Możecie to nazwać melancholią, jeśli chcecie oszczędzać człowieka, ale mojem zdaniem, jest to pycha. A pycha ta skąd, skąd pochodzi? Kto nam powie jej przyczyny? Jedno słowo, królu.

(Bierze Agamemnona na stronę).

Nestor.  Dlaczego Ajax tak zajadle na niego szczeka?
Ulisses.  Achilles chuchnął mu jego błazna.
Nestor.  Kogo? Tersyta?
Ulisses.  Właśnie.
Nestor.  To wkrótce oniemieje Ajax, bo stracił jedyny swój argument.
Ulisses.  Bynajmniej, bo jak widzisz, jego argumentem ten, co mu zabrał jego argument, Achilles.
Nestor.  Tem lepiej; pożądańszą dla nas ich frakcya niż ich fakcya. Wielka to jednak musiała być przyjaźń, skoro potrafił ją zerwać błazen.
Ulisses.  Przyjaźń, której nie kleiła mądrość, łatwo zrywa błazeństwo. Ale wraca już Patroklus. (Wchodzi Patroklus).
Nestor.  Bez Achillesa.
Ulisses.  Słoń nie ma stawów, aby się mógł kłaniać: Nogi do chodu ma nie do zginania.

Patroklus.  Wielkimby smutkiem było dla Achilla,
Gdyby ważniejszy powód niż rozrywka
Wielkiego króla z dostojnym orszakiem
Do tych odwiedzin skłonił niespodzianych;
Lecz się pociesza myślą, że to spacer
Tylko dla zdrowia i lepszej strawności
Po dobrej uczcie.
Agamemn.  Słuchaj, Patroklusie,
Odpowiedź taką nie pierwszy raz słyszym,
Lecz te wybiegi, na skrzydłach pogardy,
Przenikliwości naszej nie uchodzą.
Mnogie przymioty posiada Achilles,
Mnogie powody wyznać nam to każą;
Lecz w oczach naszych wszystkie jego cnoty,
Do niecnotliwych używane celów,
Nieporównany blask zaczęły tracić,