Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
207
AKT CZWARTY. SCENA TRZECIA.

Pora przypływu stosownie schwytana
Wiedzie do szczęścia, kto one opuszcza,
Ten podróż życia po mieliznach z biedą
Musi odbywać. Myśmy teraz właśnie
Na tak wezbrane wypłynęli morze,
Trzeba nam z fali przyjaznej korzystać,
Inaczej okręt nasz zginie.
Kasyusz. Chcesz tego,
Niechże tak będzie, postąpimy naprzód
I stoczym z nimi bój pod Filippami.
Brutus. Późna w rozmowie noc nas zaskoczyła.
Natura musi konieczności uledz.
Skrzepmy ją trochą snu. Jestże co więcej
Do załatwienia?
Kasyusz. Nic więcej. Dobranoc.
Jutro ze świtem opuścimy leże
I marsz!
Brutus. Lucyuszu, daj mi nocne szaty.

(Lucyusz wychodzi).

Bądź zdrów, kochany Messalo, dobranoc,
Cny Tytyniuszu, szlachetny Kasyuszu,
Dobranoc: śpijcie zdrowi.
Kasyusz. Drogi bracie!
Źle się zaczęła ta noc. Niech się odtąd
Takie jak dzisiaj rozdwojenie nigdy,
Nigdy pomiędzy nami nie powtarza!
Dobrze, Brutusie?
Brutus. Wszystko będzie dobrze.
Kasyusz. Dobranoc, wodzu nasz.
Brutus. Dobranoc, bracie.
Tytyniusz i Messala. Dobranoc, wodzu.
Brutus. Żegnam was, koledzy.

(Kasyusz, Tytyniusz i Messala wychodzą).
(Lucyusz przynosi nocne ubranie).

Daj tu tę szatę. Gdzież jest twoja lutnia?
Lucyusz. Jest tu w namiocie, Panie.
Brutus. Drzemiąc mówisz.
Nie mam ci tego za złe, biedny chłopcze,
Za długoś czuwał. Zawołaj Klaudyusza