Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
171
AKT DRUGI. SCENA DRUGA.

Miłość to moja dla twych cnót, dla ciebie,
Każe mi mówić w ten sposób, a rozum
Jest sprzymierzeńcem tej mojej miłości.
Cezar. Jakże się teraz dziecinnemi zdają
Twoje obawy, Kalpurnio?
Wstydzę się, żem im uległ. Daj mi szaty;
Idę natychmiast.

(Wchodzą Publiusz, Brutus, Ligaryusz, Metellus, Kaska, Treboniusz Cynna).

Oto już i Publiusz
Przychodzi po mnie.
Pobliusz. Dzień dobry, Cezarze.
Cezar. Witaj, Publiuszu. Ho! i Marek Brutus;
Ranny dziś z ciebie ptak. Dzień dobry, Kasko,
Jakże się miewasz Kaju Ligaryuszu?
Wierz mi, że Cezar nigdy nie był takim
Nieprzyjacielem twoim, jak ta febra
Od której schudłeś. Któraż to godzina,
Moi panowie?
Brutus. Ósma biła właśnie.
Cezar. Dzięki za trudy i uprzejmość waszą.

(Wchodzi Antoniusz).

Patrzcie, Antoniusz! i on już na nogach,
Chociaż się lubi późno w noc weselić:
Dzień dobry, Marku Antoniuszu.
Antoniusz. Tegoż
Samego życzę cnemu Cezarowi.
Cezar. Powiedz tam, aby mój orszak był gotów.
Za złe mam sobie, gdy na mnie czekają.
A! Cynna: witaj, Cymbrze! Treboniuszu!
Z tobą szeroko mam do pomówienia;
Pamiętaj o tem i bądź w pobliskości,
Ażebym o tem nie zapomniał.
Treboniusz. Będę
Tuż, o Cezarze; (na stronie) i tak blisko nawet,
Ze radbyś potem, ażebym był dalej.
Cezar. Teraz-że, moi przyjaciele, pójdźcie
Skosztować mego wina; poczem wszyscy,
Jak tu jesteśmy, udamy się razem,
Na podobieństwo drużyny przyjaciół.