Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
159
AKT DRUGI. SCENA PIERWSZA.

Odsłaniać w nocy, gdy tylko złość czuwa?
O! w takim razie, gdzieżbyś znalazł za dnia
Tak ciemną ustroń, byś w niej mógł pogrzebać
Potworne swoje oblicze? O! spisku!
Nie szukaj mroku jaskiń ani pieczar;
Pokryj się raczej uśmiechem, słodyczą;
Bo gdybyś szczerą twą postać ukazał,
Nawet ponury Ereb nie zdołałby
Zatrzeć wrażenia twojego widoku.

(Wchodzą Kasyusz, Kaska, Decyusz, Cynna, Metellus Cymber i Treboniusz).

Kasyusz. Za śmiało może przychodzimy przerwać
Twój wypoczynek, Brutusie? Dzień dobry!
Nie przeszkadzamyż ci?
Brutus. Już dawno wstałem.
Nie spałem całą noc. Czy to znajomi?
Kasyusz. Wszyscy znajomi; nie ma tu nikogo,
Coby cię nie czcił, i każdy serdecznie
Pragnie, ażebyś miał o sobie samym
Takie mniemanie, jakie ma o tobie
Każdy szlachetnie myślący Rzymianin.
To jest Treboniusz.
Brutus. Witam go w mym domu.
Kasyusz. To, Decyusz Brutus.
Brutus. Witam go podobnież.
Kasyusz. To Kaslca; tamto Cynna; to Metellus
Cymber.
Brutus. Witam ich wszystkich najuprzejmiej.
Cóżto za troska stanęła napoprzek
Między waszemi oczyma a nocą?
Kasyusz. Mogęż cię prosić na ustęp?

(Rozmawiają po cichu).

Decyusz. Wszak to wschód? Czyliż tu dzień nie dochodzi?
Kaska. Zdaje się, że nie.
Cynna. Przepraszam, i owszem;
Owe szarawe szlaki na obłokach
Są zwiastunami dnia.
Kaska. Przyznajcie, że się obadwa mylicie:
Słońce tu wschodzi, gdzie wskazuję mieczem,
I na tak wczesną, jak dziś porę roku,