Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
158
JULIUSZ CEZAR.

Wygnali przecie z Rzymu Tarkwiniusza,
Kiedy go królem ogłoszono.
„Mów! uderz! popraw!“ Wzywają mię tedy,
Abym głos zabrał i użył ramienia.
O! Rzymie! Ufaj, że jeżeli tylko
Poprawa złego ma potem nastąpić,
Otrzymasz z ręki Brutusa zupełne
Żądaniu twemu zadośćuczynienie.

(Lucyusz wraca).

Lucyusz. Panie, czternaście dni marca już przeszło.

(Pukanie zewnątrz).

Brutus. Dobrze. Pobiegnij do bramy, ktoś puka.

(Wychodzi Lucyusz).

Odkąd mię Kasyusz przeciw Cezarowi
Podburzył, jeszcze nie zmrużyłem oka.
Między spełnieniem okropnego czynu
A pierwszem jego wszczepieniem się w umysł,
Wszystko pośrednie jest jako fantazya
Lub sen straszliwy. Duch wtedy odbywa
Walną naradę z wszystkiemi władzami,
I całe wnętrzne jestestwo człowieka,
Jakoby małe królestwo,
Zostaje w stanie chorobliwym buntu.

(Lucyusz wraca).

Lucyusz. Panie, to brat twój, Kasyusz, jest u bramy.
Chce mówić z tobą.
Brutus. Czy sam jest?
Lucyusz. Nie, Panie,
Jest w towarzystwie kilku.
Brutus. Któż są tamci?
Lucyusz. Nie wiem, wtłoczone mają kapelusze
Na same oczy i płaszcze napoły
Kryją im twarze, tak, żem w żaden sposób
Nie mógł rozpoznać ich rysów.
Brutus. Niech wnijdą.

(Wychodzi Lucyusz).

To sprzysieżeni. O, spisku!
Czy ty się wstydzisz swe złowrogie czoło