Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
157
AKT DRUGI. SCENA PIERWSZA.

Ujrzy się szczeblu, natychmiast się do niej
Tyłem odwraca, spogląda w obłoki,
Z wzgardą za sobą zostawiając stopnie,
Po których przeszedł. Tak samo się może
Stać i z Cezarem, gdy się więc stać może,
Zapobiedz trzeba, aby się nie stało.
Że zaś spór z tego rodzaju
Osobistością bladoby wyglądał,
Tem go wypada ukoloryzować:
Że osobistość ta, wzmógłszy się bardziej.
Mogłaby dane przekroczyć granice.
Zaczem uważać go należy jako
Jaje gadziny, któreby się stało
Fatalnem, gdyby się z niego płód wylągł,
I wcześnie zgnieść go w skorupie.
Lucyusz (wchodzi). Panie, już świeca gore w twej pracowni.
Szukając skałki na oknie, znalazłem
Ten oto papier zapieczętowany,
A pewny jestem, że go tam nie było,
Kiedy się kładłem.
Brutus. Idź, połóż się jeszcze,
Jeszcze noc. Chłopcze, czy to jutro Idus?
Lucyusz. Nie wiem dokładnie.
Brutus. Zajrzyj w kalendarz i przyjdź mi powiedzieć.
Lucyusz. Natychmiast, Panie!

(Wychodzi).

Brutus. Błyski wyziewów krążących w powietrzu
Tak jasno świecą, że mogę rozpoznać
Przy nich litery.

(Rozkłada list i czyta).

„Ty spisz, Brutusie. Ocknij się! Wejdź w siebie!
Trzebaż, ażeby Rzym... Mów! uderz! popraw!
Ty śpisz, Brutusie: Ocknij się!“
Podobnych odezw siła już podniosłem
Na różnych miejscach.
„Trzebaż, ażeby Rzymu.. toby się dało
W taki podobno sposób uzupełnić:
Trzebaż, ażeby Rzym popadł pod władztwo
Jednego pana? Rzym? Przodkowie, moi