Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
156
JULIUSZ CEZAR.



AKT DRUGI.

SCENA PIERWSZA
Tamże. Ogród Brutusa.
Wchodzi BRUTUS.

Brutus. Lucjuszu, wstawaj!
Nie mogę dociec z biegu gwiazd, daleko
Jeszcze do rana. Lucjuszu, czy słyszysz?
Radbym módz zgrzeszyć snem tak twardym. Wstawaj,
Wstawaj, Lucyuszu!

(Wchodzi Lucyusz).

Lucyusz. Wołałeś na mnie. Panie?
Brutus. Idź, zanieś świecę do mego pokoju,
A jak zapalisz ją, przyjdź mi tu donieść.
Lucyusz. Stanie się. Panie, jak każesz.

(Wychodzi).

Brutus. Śmierć jego jest więc nieuchronną. Nie mam
Ja osobistej do niego niechęci,
Jedynie tylko ze względu na ogół.
Korony pragnie: o ile ta żądza
Mogła grunt jego zmienić, to pytanie.
Bliską jest chwila wyklucia się żmii,
Trzeba więc bacznie kroki stawiać. Mamyż
Mu dać koronę? Jeśli mu ją damy,
Damy mu żądło, którem, skoro zechce,
Będzie mógł stać się niebezpiecznym. Władza
Ma to do siebie, że jej trudno chodzić
W parze z sumieniem. Nie widziałem wprawdzie,
Ażeby kiedyś namiętność w Cezarze
Przeciwważyła uczucie słuszności,
Wiemy atoli, że często pokora
Młodej ambicyi służy za drabinę,
Do której zawsze ten, co się pnie w górę
Twarz ma zwróconą, lecz gdy na najwyższym