Strona:Dzieła Wiliama Szekspira T. II.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
139
AKT PIERWSZY. SCENA PIERWSZA.

I wyżto dzisiaj przywdziewacie stroje?
I wyżto dzisiaj obchodzicie św ięto?
I wyżto kwiaty dziś posypujecie
Na drodze temu, który tryumfuje
Dlatego, że krew Pompejusza przelał?!
Precz stąd zmienniki!
Idźcie do domów, zegnijcie kolana,
Błagajcie bogów, błagajcie penatów
O odwrócenie klęsk, jakie podobna
Niewdzięczność musi pociągnąć za sobą.
Flawiusz. Odejdźcie, dobrzy ludziska, odejdźcie.
Dla naprawienia zaś waszego błędu,
Zgromadźcie rzeszę równych wam biedaków
U brzegów Tybru i dopóty lejcie
Łzy wasze w jego koryto, dopóki
Najniższy jego strumień nie podskoczy
Do najwyższego z okolicznych brzegów.

(Wychodzą obywatele).

Patrz, i najlichszy kruszec da się wzruszyć.
Świadomość winy krępuje im język.
Milcząc rozchodzą się. Idź ty tą stroną,
Ja tędy pójdę; pozdzieraj z posągów
Ozdoby, jeśli je na nich zobaczysz.
Marullus. Nie będzież to krok za śmiały?
Wszakże to Rzym dziś święci Luperkalia?
Flawiusz. Cóż z tego, wara trofeom Cezara
Wisieć na jakimbądź posągu. Przejdę
Do koła miasta, pospędzam gmin z ulic,
Ty zrób to samo, skoro tłum spostrzeżesz.
Rosnące pióra u skrzydeł Cezara
Trzeba oskubać, powściągnąć wzlot jego,
Inaczej mógłby wznieść się za wysoko
I nas obrócić w drżących poddańczuchów.

(Wychodzą obadwaj).