Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


setzłotowe posadki, bo dzięki nim nauczył się kraść, dzięki nim gwiżdże na ich szumne słowa o państwie i społeczeństwie.
Na szczęście pohamował się. Jakkolwiek wielkie było jego wzburzenie, życie już go nauczyło panować nad sobą, liczyć się z konsekwencjami, przygryzać język. Nie zdołał wszakże wydobyć z siebie ani słowa. Skłonił się w milczeniu i wyszedł.
Dopiero po dłuższym czasie wrócił do równowagi. Wtedy zaczął rozmyślać nad położeniem i nad ewentualnemi szansami wyzyskania propozycji Gąsowskiego. Zbyt już był przyzwyczajony do patrzenia na wszystko pod kątem możliwości zysku. Po rozważeniu jednak wszystkiego wysłał w końcu list do Gąsowskiego z podziękowaniem i z rezygnacją. Wolał nie komplikować sobie życia, szczególniej teraz, gdy stawało się ono coraz prostsze i coraz wygodniejsze.
Jednego z najbliższych dni rozmówił się z Tunką.
Wracali właśnie z obiadu u jej rodziców. Na obiedzie była cała rodzina prezesostwa Bolińskich i rozmowa toczyła się dokoła kwestji nadzwyczajnych podobno uzdolnień sześcioletniej córeczki prezesostwa. Tunka siedziała przez cały czas jak struta.
— Nie jesteś dziś w humorze — zaczął Murek.
— Sam wiesz — odpowiedziała — dlaczego nie byłam wesoła.
— Tak. I ja się nie cieszę. Ale od dłuższego już czasu prześladuje mnie pewna myśl. Bardzo pusto u nas w domu i ty nudzisz się. Cobyś powiedziała, gdybyśmy wzięli na wychowanie jakieś dziecko?
Tunka poczerwieniała i aż stanęła:
— Poważnie to mówisz?
— Zupełnie poważnie.
— Więc przyznam ci się, że marzyłam o tem. Tylko nie