Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach, nie chodzi o stronę materjalną. To byłoby zbyt łatwe. Obiecał pan matce, że jej dziecko znajdzie w panu ojca! Że znajdzie te uczucia, to ciepło, bez którego żyć niepodobna. Oparcie nietylko materjalne, lecz i moralne... Tak, panie Franciszku!
Pani Lipczyńska uśmiechnęła się do Murka:
— Niech pan tylko nie sądzi, że dla własnej wygody chcemy się wycofać z propozycji, zrobionej zbyt pośpiesznie.
— Boże broń — zapewnił jej mąż. — Długo naradzaliśmy się nad tem. I niech pan mi wierzy, że ciężko nam było powziąć taką decyzję. Ale chodzi nam przedewszystkiem o pana. Mówi pan, że Franek jest dzieckiem niesympatycznego panu człowieka. Czyż to nie jest naiwne? Ojcostwo Tomasza jest tu wręcz przypadkowe. Franek jest przedewszystkiem dzieckiem Miki, a następnie pańskiem, bo panu je powierzono z całą ufnością. Jestem przekonany, że pan wkrótce przywiąże się do tego maleństwa.
— Napewno. Jest takie śliczne — dodała pani Lipczyńska.
— No, niechże pan sam powie z ręką na sercu, czy wolno nam zatrzymać to dziecko i czy panu wolno wyrzec się go?
Murek zrobił nieokreślony gest ręką:
— Oczywiście... Może to i racja. Nie bierzecie tylko pod uwagę tego, co ja temu dziecku, nie teraz, lecz gdy zacznie dorastać, co ja mu będę mógł dać? Nie stać już mnie na ciepło.
— Żarty! Panie Franciszku, żarty! — zawołał z przekonaniem Lipczyński — Przekona się pan, jakie zmiany w panu samym zajdą, gdy tylko nauczy się pan od nowa troszczyć o kogoś, myśleć o kimś, układać jego charakter, umysł, przyszłość... Ba! — To pana odrodzi!
Cóż im mógł na to powiedzieć! On już w to nie wierzył