Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/314

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czaban wzruszył ramionami i burknął z wyraźnem niezadowoleniem:
— Dajże spokój. Trudno. Stało się. Nie było innego sposobu.
— Słuchaj teraz — wziął go za rękę Murek. — Czy ty naprawdę wierzysz, że nie można być uczciwym człowiekiem?
— Do djabła z filozofowaniem...
— Nie, ale odpowiedz!
Czaban zamyślił się:
— Zapewne, można. Ale najlepiej nie zastanawiać się nad podobnemi rzeczami. — Żyć, jak idzie, i koniec. Poco sobie psuć nerwy?... No, zabieraj się, jedziemy teraz gadać z Szubińskim o elektrowni. Idjota myśli, że nie mamy pieniędzy. Ładnie ich urządzimy, co?... Mówię ci, żeśmy się dobrali w korcu maku, a?...
— Rzeczywiście, takich dwóch łajdaków nie łatwo znaleźć!...
— Stulże gębę. Co cię ugryzło! Zawsze musi psuć mi humor. Chodźmy.
Do wieczora załatwiali interesy w Warszawie. Czaban, poczuwszy w rękach pieniądze, odzyskał cały swój dawniejszy rozpęd, cały spryt i temperament, a nawet szczęście, bo udało się im przeprowadzić kilka nader korzystnych umów.
— To jest prawdziwy skarb takie usposobienie — myślał Murek, przyglądając się teściowi. — On rzeczywiście z największego błota umie wyjść sucho. Przynajmniej nie widzi błota na sobie.
Wieczorem Czaban wrócił do Medany, a Murek poszedł do Lipczyńskich. Od progu już przywitano go gratulacjami:
— Winszujemy, winszujemy. Należało się to panu, ale jednak przyjemnie jest otrzymać taką satysfakcję.
— Nie rozumiem o co chodzi — zaniepokoił się Murek.