Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zatem zapytuję pana, czy nie zainteresowałaby pana Wytwórnia Wojskowa w Rzeczkach i produkowane przez nią armatki B. Z. — 38?
Kiner rozłożył ręce:
— Ja się takiemi rzeczami nie zajmuję.
— To szkoda — Murek wstał.
— Zaraz, panie. A jakie wiadomości pan o tem ma?
— Wszystkie. Plany, rysunki, obliczenia, statystykę.
Dyplomata rozejrzał się:
— Czy musimy mówić w tym pokoju?
— Jak pan sobie życzy — uśmiechnął się Murek. — Ale wiem, o co panu chodzi. Tu napewno nikt nie podsłuchuje i napewno w ścianach nie ukryto mikrofonu. Zresztą proszę mi się przyjrzeć: czy wyglądam na agenta drugiego oddziału, który chce pana skompromitować, czy na człowieka, zamierzającego zrobić dobry interes? Pański zawód, czy też pańskie stanowisko zmusza pana do znania się na ludziach.
Kiner nie odpowiedział. Przeszedł się po pokoju, wyjrzał przez okno, potem odsunął nabok sztych w ramce wiszący na ścianie, otworzył drzwi i wyjrzał na pusty o tej porze korytarz. Wreszcie zapytał:
— Gdzie pan to ma?
— Tutaj. Przy sobie — Murek dotknął ręką kieszeni.
— Proszę pokazać.
Bez słowa Murek wyjął kopertę i jeden po drugim zaczął rozkładać na stole przed Kinerem papiery. W sposobie przeglądania widać było znawcę. Nie pytał o nic, szybko przerzucał dokumenty i rysunki. W końcu złożył i odsunął.
— Tak, owszem. Nie są to rzeczy nowe, ale ostatecznie mogą się przydać.
— Pan nawet nie wyobraża sobie — zachęcająco powiedział Murek — ile sobie polski sztab obiecuje po tych armatkach.