Strona:Drugie życie doktora Murka (Tadeusz Dołęga-Mostowicz).djvu/309

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czekaj!... Jak sądzisz, czy telefonicznie możnaby porozumieć się bez obawy?
— Nie radziłbym.
— Żebym, psiakrew, którego z tych dyplomatów znał osobiście!
— No, na to jest rada — zauważył Murek.
— Jaka?
— Możesz poznać kogo zechcesz.
— W jaki sposób?
— A chociażby zaprosić oficjalnie na obejrzenie Medany.
Czaban klasnął w ręce:
— To jest pomysł!
— Ty go, powiedzmy, sprowadzisz tu. Facet będzie zwiedzał, oglądał, a w pewnym momencie powiesz mu z miejsca: Szanowny panie, tu, za temi oto drzwiami jest człowiek godny zaufania, człowiek, za którego osobiście ręczę. Ma on do pana interes.
— No, i co dalej?
— A no, pokażę mu w cztery oczy te papiery i zaproponuję kupno. Zgodzi się, to nazajutrz przyniesie forsę i zabierze, — nie zgodzi się, to nawet nie będzie wiedział, z kim rozmawiał, a ciebie sypnąć nie może, bo wyprzesz się wszystkiego i nic nam nie zrobią.
— Rozumiem. Masz kepełe. Dowidzenia.
— Dokąd?
— Do Warszawy. Zatelefonuję, by cię uprzedzić. Gdzie chcesz z nim gadać, tutaj?
— Za żadne skarby! Najlepiej w jednym z pokojów w kasynie. W razie czego będziesz mógł twierdzić, że był to ktoś całkiem ci nieznany, zwykły gość.
— Wybornie. Czekaj telefonu — uścisnął jego rękę Czaban. — Jeżeli mi się poszczęści, wrócę z facetem.
Jednak wyprawa Czabana nie odrazu powiodła się. Do-