Strona:D. M. Mereżkowski - Julian Apostata.pdf/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na pomoc! Na pomoc!.. Znieważono świątynię... Zabito święte gąsiory Pryapa! Chwytajcie, chwytajcie tych bezbożników chrześcijan!
Fillis wymknęła się, zarzuciwszy na głowę chlamidę, a motłoch powlókł z sobą na rynek Agamemnona, który do tego stopnia stracił przytomność, że nie pomyślał nawet o puszczeniu trzymanego w dłoni martwego gąsiora. Skabra wzywała stróżów rynku, „agoranomów.” Ścisk zwiększał się co chwila. Do Agamemnona podbiegli towarzysze — ale pomoc była spóźniona: ze wszystkich nor, szynków, kramów i zakamarków zbiegła się ciżba, zwabiona hałasem. Na wszystkich twarzach widać było radosną ciekawość, którą zawsze wywołują zajścia uliczne. Kowal pędził z młotem na ramieniu; dwie stare baby zapomniały o swej kłótni; piekarz, oblepiony ciastem, popychał kulawego stolarza, a za nimi z krzykiem i śmiechem cwałował rudy drobny Żydziaczek, waląc w miednicę, jak gdyby dzwonił na trwogę.
Skabra, uczepiwszy się szat Agamemnona, wyła:
— Poczekaj-no!.. Niech-no ja się dostanę do twej łotrowskiej brody! Jednego kłaka ci w niej nie zostawię. A! ścierko krucze! Nie wart jesteś nawet stryczka, na którym cię powieszą, włóczęgo jeden!
Pokazali się wreszcie zaspani agoranomi, wielce podejrzanego wyglądu, podobniejsi do nocnych złodziejów, aniżeli do stróżów porządku.
W tłumie wrzał taki rozgardyasz śmiechów, krzyków i przekleństw, że nikt nic nie rozumiał. Ten wołał: „Zbóje!” ów: „Złodzieje!” tamten: „Gore!”
Wtem ponad całą wrzawą rozległ się grzmiący głos rudowłosego półnagiego olbrzyma, o piegowatej twarzy z profesyi łaziebnika, z powołania mówcy zgromadzeń ulicznych.