Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

gerylas ze swymi opryszkami. Większego oddziału w tym celu wysłać nie mogę a mały spostrzeżonoby i zniesiono. Poruczam więc to zadanie panu samemu. Wykonaj je pan, jak sam uważasz najlepiej, ale pragnę dziś o dwunastej w nocy zobaczyć ten płonący stos na szczycie.
— Gdyby nie płonął — odparłem — w takim razie proszę pana, mój marszałku, postarać się o to, aby moje rzeczy zostały sprzedane, a pieniądze odesłane mej matce.
Przyłożyłem rękę do czaka i zrobiłem zwrot w lewo wtył. Serce mi rosło na myśl o czynie, który mnie czekał.
Siedziałem przez pewien czas w moim pokoju, aby się dobrze zastanowić nad tem, w jaki sposób najlepiej dokonać tej rzeczy. Fakt, iż ani Cortexowi, ani Duplessisowi, dwum bardzo energicznym i dzielnym oficerom, to się nie udało, dowodził, iż gerylasi pilnie czuwali nad okolicą.
Według mapy obliczyłem sobie odległość do szczytu góry. Miałem przed sobą dziesięć mil równiny, zanim dostanę się do łańcucha gór. U stóp jego znajdował się las, może na trzy do czterech mil szeroki, a poza nim dopiero wznosiła się góra, coprawda nie bardzo wysoka, ale nie przedstawiająca dla mnie żadnej ochrony. To były trzy etapy mej wyprawy.
Wydawało mi się, że gdy dostanę się do chroniącego mnie lasu, wszystko inne będzie łatwem do zrobienia, gdyż mogłem się ukryć w cieniu lasu, a gdy się ściemni, wdrapać się dopiero po gołej górze do szczytu. Od ósmej do dwunastej miałem cztery godziny czasu. Pozostawało mi więc dokładne zastanowienie się nad pierwszą częścią wyprawy.
Przez tę równinę prowadziła ta nęcąca biała droga, a przypomniało mi się, iż moi towarzysze po-