Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Łucja wypadła ze swej celi i zwiesiwszy się na ramieniu Lorenza, opowiedziała mu wszystko.
— Ten szlachetny człowiek zajął moje miejsce, Lorenzo! Zamiast mnie stanął. Cierpiał, aby mnie uratować!
Widziałem na twarzy młodzieńca, jaka w nim toczyła się walka i współczułem z nim serdecznie. Wreszcie podał mi rękę, i uścisnął ją setnie.
— Pułkowniku Gerard — rzekł — zasługujesz pan na wielką miłość i szacunek. Przebaczam panu, aczkolwiek wyrządziłeś mi pan wielką przykrość, odpokutowałeś pan za to w szlachetny sposób. Dziwi mnie tylko, iż zastaję pana jeszcze przy życiu. Opuściłem posiedzenie trybunału, zanim jeszcze na pana wydano wyrok, ale słyszałem, iż od czasu poniszczenia naszych dzieł sztuki niema dla żadnego Francuza przebaczenia.
— On nie niszczył żadnych! — zawołała Łucja. — Pomógł do tego, aby one zostały utrzymane w naszym pałacu!
— Do jednego dzieła przyznaję się z całą przyjemnością — odparłem z ukłonem i pocałowałem moją ubóstwianą w rękę.
I tak się stało, moi panowie, że straciłem ucho.
Lorenza już nazajutrz po naszej przygodzie znaleziono zasztyletowanego na placu św. Marka. Z tego trybunału i jego siepaczy rozstrzelano Mattea i trzech innych, resztę wygnano z miasta. Moja czarująca Łucja wstąpiła do klasztoru w Murano, gdzie może jeszcze żyje, jako szacunku wszelkiego godna przeorysza.
Może zapomniała już o tych pięknych dniach, gdy nasze serca biły szczerą i prawdziwą miłością, gdy cały wielki świat wydawał nam się za mały dla pomieszczenia w nim ogromu naszej miłości. Może tak nie jest, może nie zapomniała, może i na nią przy-