Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Dwie deski były jakoś źle spojone i tak lekko przybite, że można je było z pewnością bardzo łatwo odjąć. Zacząłem szukać jakiegoś przyrządu i znalazłem go w postaci nogi od łóżka, które stało w kącie. Wdusiłem więc tę nogę między obie deski i miałem je właśnie odłamać, gdy usłyszałem jakieś szybkie kroki. Przestałem i zacząłem nadsłuchiwać. Pragnę, abym mógł zapomnieć o tem, co usłyszałem. Widziałem wiele bitew i sam zabiłem więcej ludzi, niżbym się chciał do tego przyznać, ale to chodziło o uczciwą walkę i było to zresztą moim obowiązkiem żołnierza. Ale co innego jest, gdy się słyszy, iż kogoś mordują w takiej jaskini łotrów.
Ciągnęli kogoś przez kurytarz, kogoś, który się broni i w przejściu chwyta się moich drzwi. Widocznie zapakowali go do trzeciej celi, najwięcej oddalonej od mojej.
— Pomocy! Pomocy! Gerard! Pułkowniku Gerard!
Był to mój biedny kapitan piechoty, którego mordowano.
— Mordercy! Mordercy! — ryknąłem i zacząłem dziko walić we drzwi, ale jeszcze raz tylko usłyszałem jego głos, a potem wszystko ucichło.
Po chwili usłyszałem jakiś plusk i doszedłem do przekonania, że mojego biednego kapitana już żadne ludzkie oko oglądać nie będzie. Poszedł tą samą drogą, którą poszło przed nim tylu inych tej zimy w Wenecji; ani jeden z nich nie mógł się stawić do apelu w pułku.
Siepacze powrócili i sądziłem, że teraz kolej przyjdzie na mnie. Zamiast tego otworzyli drzwi przyległej celi i wyciągnęli z niej kogoś. Słyszałem, jak udali się po schodach na górę.
Zabrałem się natychmiast do pracy. Po kilku chwilach rozluźniłem kilka desek na tyle, że mogłem