Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

szermierz Wielkiej Armji, schwytany w tak haniebny sposób przez niezbrojnego człowieka!
Mimo to leżałem spokojnie; jest bowiem chwila oporu, ale jest także chwila, w której należy szanować swoje siły. Poczułem, jak mnie ta bestja chwyciła za ramię, i wiedziałem, że wobec niego byłem tylko dzieckiem. I to dzieckiem w powijakach!
Czekałem zatem z bijącem sercem sposobności, która przecież nadarzyć mi się była powinna! Tak, panowie!
Jak długo tam leżałem, sam już nie wiem, ale wydawało mi się bardzo długo, a słyszałem tylko szmer wody i pluskanie wioseł.
Skręcaliśmy niezliczone razy, gdyż moich uszu dochodził żałosny ton gondoljerów, który wydają z siebie, chcąc swoich ostrzec o swem zbliżaniu się.
Po długiej podróży zauważyłem nareszcie, iż przybiliśmy do lądu.
Mój drab puknął trzy razy wiosłem w jakąś drewnianą ścianę, a w odpowiedzi na to usłyszałem odmykanie zasuw, otwieranie zamków, a potem skrzypnięcie zawias bramy.
— Masz go? — zapytał jakiś głos po włosku.
Potwór, który miał mnie w swojej mocy, roześmiał się głośno i nogą kopnął worek, w którym byłem zaszyty.
— Tam jest — odparł.
— Już czekają.
— Weźcie go! — rzekł mój rabuś.
Podniósł mnie, wstąpił na kilka schodów i rzucił mnie na bardzo twardą podłogę, aż mi wszystkie kości zatrzeszczały. Następnie zawarto i zamknięto bramę.
Byłem zatem więźniem w tym domu.
Po zamęcie, jaki po mojem przybyciu powstał, poznałem, że musi się dokoła mnie znajdować porząd-