Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Gdy przybyliśmy do pałacu, weszliśmy przez boczne drzwi i dostaliśmy się do prywatnych apartamentów cesarza. Na schodach stało kilku grenadjerów, a wierzajcie mi, iż zrobili wielkie oczy, spostrzegłszy, iż młody porucznik huzarów idzie o północy z cesarzem do jego gabinetu.
Jak po południu, stanąłem przy drzwiach, a cesarz siadł na fotelu i milczał długo, że aż mi się zdawało, iż zapomniał o mej obecności. Pozwoliłem sobie nareszcie zakaszlać lekko, aby mu przypomnieć, iż jestem.
— Aha, Gerard — rzekł — chciałbyś pewnie chętnie wiedzieć, co to wszystko ma znaczyć?
— Jeżeli wasza cesarska mość uważa za stosowne objaśnić mnie...
— Ta, ta, ta, — odparł niecierpliwie — to są czcze frazesy. Tak czy tak zacząłbyś badać tę sprawę jak najprędzej; za dwa dni dowiedzieliby się o tem twoi towarzysze, za trzy całe Fontainebleau, za cztery cały Paryż. Jeżeli ci jednak dam wyjaśnienie, które zadowolni twoją ciekawość, to mogę się przynajmniej spodziewać, iż zatrzymasz to dla siebie.
Cesarz nie znał mnie jeszcze, to też skłoniłem się tylko i milczałem.
— Wszystko da się opowiedzieć w kilku słowach — zaczął szybko, przechadzając się po gabinecie. — Ci dwaj ludzie byli Korsykańczykami, z którymi poznałem się w czasach mej młodości. Należeliśmy do jednego i tego samego związku „braci z Ajaccio“, sięgającego jeszcze czasów Paolich. W związku tym panowały surowe przepisy i reguły, których bezkarnie przekroczyć nie było można.
Po tych słowach rysy jego nabrały jakiegoś surowego wyrazu; wydawało się, że zrzucił w tej chwili z siebie skórę Francuza, że przede mną stał czystej