Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Powiedziano mi, panie pułkowniku, iż pańskie zdanie w sprawach wojskowych, jest bardzo cenne, a ja nie omieszkam przy sposobności poinformować się o tem. Obecnie chodzi tu jednak o dyplomację, a przyznasz pan sam, iż na tym punkcie posiadam swoje własne zapatrywania. Dopóki dobro Francji i bezpieczeństwo osoby cesarza oddane są mej pieczy, będę się starał wszelkiemi siłami, które mam do rozporządzenia, odpowiedzieć godnie zadaniu, nawet wtedy, gdybym musiał działać wbrew życzeniu cesarza. Mam zaszczyt pożegnać pana, panie pułkowniku Lasalle!
Jeszcze jedno zjadliwe spojrzenie w moją stronę, a potem odwrócił się i wymaszerował drobnym, szybkim, a cichym krokiem.
Mina Lasalle‘a wskazywała wyraźnie, że nie był mu wcale przyjemny ów wrogi nastrój, w którym oddalił się potężny minister. Wyrzucił z siebie kilka dosadnych przekleństw, chwycił czapkę i pałasz i popędził po schodach nadół.
Gdy przystąpiłem do okna, ujrzałem, jak wysoki człowiek w niebieskim mundurze i mały człowiek w niebieskim ubraniu kroczyli obok siebie wzdłuż ulicy... Talleyrand szedł sztywny, jakby kij połknął, a Lasalle coś żywo przemawiał do niego, jakby go chciał przepraszać.
Cesarz zabronił mi jednak myśleć.
Chwyciłem więc talje kart i starałem się ułożyć sobie partję „écarté“. Nie szło mi jakoś, rzuciłem więc karty pod stół.
Wyciągnąłem następnie pałasz i ćwiczyłem, aż mnie ramię bolało — umysł mój pracował, a pracował, czy chciałem, czy nie. O godzinie dziesiątej miałem się spotkać w lesie z cesarzem i wprawdzie z samym tylko — jaka jednak straszna odpowiedzialność na mnie spoczęła. Zadrżałem.