Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/127

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Co powiedział?
    — Panie de Talleyrand, żałuję mocno, ale muszę panu powiedzieć, iż o tem pary puścić mi z ust nie wolno.
    — Ba, kochany poruczniku — rzekł z pochlebstwem i zbliżył się do mnie — jesteśmy przecież przyjaciółmi. Co mi pan powierzysz, nie wyjdzie poza te cztery ściany, a prócz tego cesarz nie mnie miał na myśli, odbierając od pana przyrzeczenie milczenia.
    — No, panie de Talleyrand — odparłem — pałac jest stąd niedaleko, może się pan tam uda i przyniesie mi na piśmie potwierdzenie cesarza, że moje przyrzeczenie nie dotyczy wcale pańskiej osoby, a wtedy z całą przyjemnością powtórzę panu każde słowo mej rozmowy z cesarzem.
    Wtedy stary lis zaczął mi pokazywać zęby.
    — Pan Gerard wydaje się być trochę napuszonym, ale trzeba to złożyć na karb jego młodości. Gdy będziesz pan o kilka lat starszy, mój przyjacielu, uznasz pan sam, iż nie bardzo przystoi młodemu oficerowi, aby dawał takie odpowiedzi.
    Na tę uwagę nie odpowiedziałem nic, ale na szczęście przyszedł mi z pomocą Lasalle w swój zwykły szorstki sposób.
    — Porucznik Gerard ma słuszność — odezwał się. — Gdybym był wiedział, że dał słowo, nie byłbym się wcale pytał. Sam pan wiesz, panie de Talleyrand, że śmiałbyś się w kułak, gdyby panu powiedział wszystko, a jego samego usunąłbyś pan potem nabok, jak próżną butelkę od burgunda. A słowo moje na to, iż w dziesiątym pułku nie byłoby miejsca dla tego, któryby zdradził tajemnicę cesarza.
    Świadomość, iż miałem po mej stronie pułkownika, rozgoryczyła dyplomatę jeszcze więcej, to też odparł zimno: