Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Dobrze. Nie mam ci więcej nic do rozkazania. Możesz iść.
Zrobiłem zwrot, ale nagle strzeliła mi nowa myśl do głowy.
— Sire, ja myślę...
Skoczył do mnie, jak dzikie zwierzę. Zdawało mi się, że mnie uderzy.
— Myślę! Myślę! — wrzeszczał. — Czyż ty sądzisz, iż wybrałem cię dlatego, ponieważ umiesz myśleć? Niech jeszcze raz tego nie usłyszę. Ty, jedyny człowiek, który... Ale dość tego. O dziesiątej przy świerku.
Klnę się na Boga, iż byłem bardzo zadowolony, wydostawszy się z pokoju. Na dobrym koniu czuję się na miejscu. Gdy jest mowa o zielonej lub suchej paszy, o jęczmieniu, owsie lub życie, albo gdy szwadron ma być wyprowadzony w pole, nikt mnie czegoś nowego nie nauczy.
Gdy jednakowoż spotkam szambelana lub ochmistrza dworu, albo też mam stawać przed cesarzem i widzę, że dają mi znaki wtedy, gdy inni ludzie mówią, wówczas tak mi jest, jak damskiemu koniowi, zaprzęgniętemu do wozu z ciężarem. Jestem tylko rycerzem, ale nie dworakiem.
Jak już powiedziałem, byłem bardzo zadowolony, wydostawszy się na świeże powietrze, a do mej kwatery biegłem tak szybko, jak student, który się wymknął swemu nauczycielowi.
Zaledwie otworzyłem drzwi, wzrok mój padł na parę długich, niebieskich nóg w huzarskich butach i na parę małych, czarnych w pończochach i pantofelkach ze sprzączkami. Obydwaj skoczyli do mnie.
— No i co to było? — zawołali obydwaj razem.
— Nic — odpowiedziałem.
— Nie rozmawiałeś pan z cesarzem.
— Rozmawiałem.