Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

ściste dla lekkiej jazdy, a przed armaty brakowało im należytej wagi. Były to jednak jedyne konie, które się znajdowały w mieście, mieszkańcy lepszych nie widzieli. Płakali gorzko, gdy je wysyłano, a następnej nocy zwłoki dziesięciu żołnierzy francuskich pływały sobie w kanałach.
Za karę za to morderstwo wysłano jeszcze więcej obrazów, a żołnierze niszczyli posągi i strzelali do pięknie namalowanych szyb.
To doprowadziło mieszkańców do wściekłości, a nasz pobyt w mieście nie stał się bardzo przyjemnym. Wielu oficerów i żołnierzy przepadło gdzieś tej zimy, a nie można było nawet odnaleźć ich zwłok.
Ja osobiście miałem bardzo wiele do czynienia i wskutek tego nie tak znowu bardzo cierpiałem.
W każdym kraju uczyłem się najpierw jego języka. W tym celu wyszukiwałem sobie zawsze jakąś damulkę uprzejmą, któraby mnie chciała uczyć, a potem ćwiczyliśmy wspólnie praktycznie. Jest to najwięcej zajmująca metoda uczenia się, nie doszedłem jeszcze do trzydziestki, a znałem już wszystkie języki Europy.
Coprawda to to, czego się człowiek w ten sposób nie nauczy, nie posiada wielkiej wartości w życiu powszedniem. Co to za korzyść dla takiego, jak ja, który ma do czynienia z żołnierzami i chłopami, gdy im może tylko powiedzieć: „Kocham cię jedyną na świecie“! a po wojnie: „Powrócę z pewnością!“
Nie miałem nigdy w swojem życiu tak przyjemnej nauczycielki, jak w Wenecji. Na imię jej było Łucja, a nazywała się... no do djabła, prawdziwy żołnierz nie powinien nigdy pamiętać nazwisk!
Nie chcę być niedyskretnym, panowie, ale powiem wam, że należała do starej patrycjuszowskiej rodziny, a jej ojciec był dożą Wenecji.