Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Mogło być około drugiej, gdy na wolniejszem miejscu w lesie przystanęliśmy na chwilę. Gdy się odwróciliśmy, spostrzegliśmy rozpalone zgliszcza stosu, jakgdyby szczyt Merodalu wyrzucił z siebie kupę rozpalonej lawy.
A potem, gdy patrzyłem jeszcze, ujrzałem coś — co mnie uradowało niezmiernie. Z zachwytu zacząłem się tarzać po ziemi.
Daleko, na południowym widnokręgu, zabłysło wielkie, żółte światło, potęgowało się, można było widzieć płomienie; to nie płonął dom, to nie było światło gwiazdy, to był ogień sygnałowy z Mont d’Ossa, odpowiedź armji Clausela na znak, który jej dał Stefan Gerard!


Stary brygadjer siedział w kawiarni i opowiadał swoim przyjaciołom:
— Ile razy tylko Napoleon potrzebował jakiejś pomocnej ręki, wyświadczał mi zawsze ten zaszczyt, iż przypominał sobie nazwisko Stefana Gerarda, aczkolwiek pamięć opuszczała go niekiedy, gdy chodziło o wynagrodzenie oddanych mu usług.
W każdym razie na moją karjerę skarżyć się nie mogę, mając lat dwadzieścia osiem, byłem przecież już pułkownikiem, a w trzydziestym pierwszym komendantem brygady. Tak, kto wie, czy nie otrzymałbym buławy marszałkowskiej, gdyby wojna była potrwała jeszcze kilka lat, a potem krok do tronu nie byłby już tak wielkim.
Czyż Murat nie zamienił swej czapy huzarskiej na koronę?
Ale bitwa pod Waterloo położyła kres tym wszystkim marzeniom. Niejednemu godnemu nazwisku nie było dane być zapisanem na kartach historji, ale ludzie, którzy walczyli w wielkich wojnach za czasów cesarstwa, znają je dobrze.