Strona:Conan-Doyle - Przygody brygadjera Gerarda.pdf/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

na myśl, iż mój wspaniały pułk czekać będzie daremnie i swego pułkownika już więcej nie zobaczy! Z jednym szwadronem tego pułku zniósłbym tych opryszków w mgnieniu oka.
Oczy mi zaszły łzami, gdy spojrzałem w ten kąt obozu, gdzie znajdowało się ośmiuset ludzi, z których każdy dałby chętnie życie za swego ukochanego pułkownika.
Smutek jednak ominął mnie, gdy poza namiotami ujrzałem wznoszące się kłęby dymu, oznaczające główną kwaterę pod Torres-Vedras. Tam znajdował się Masséna, a gdy Bóg dozwoli, kosztem mego życia wykonam jego polecenie. Dumą i radością zapłonęło mi serce. Pragnąłbym mieć w tej chwili głos piorunów, aby móc do nich zawołać:
— Spójrzcie tu na mnie, na Stefana Gerarda, który umrze, aby uratować armję Clausela!
Coprawda zasmucająca była myśl, iż dokona się tak wspaniałego czynu, a nie znajdzie się nikt, któryby o nim doniósł.
— No — rzekł przywódca bandytów — widzisz pan obóz i widzisz pan drogę, prowadzącą do Coimbry. Jest zapełniona wozami bagażowemi i ambulansami. Czy oznacza to, że Masséna rozpoczyna odwrót?
Można było dokładnie widzieć czarne linje wozów i od czasu do czasu błysk bagnetów towarzyszących im żołnierzy. To, co było jasnem dla każdego, potwierdzić, nie było przecież naruszeniem żadnej tajemnicy.
— Masséna się cofnie — odparłem.
— Do Coimbry?
— Tak sądzę.
— A armja Clausela?
Wzruszyłem ramionami.