rozcinacze między kartki nowiutkiej powieści. Ale Fanny nie pragnęła ani troskliwości ani snu.
— Dobrze mi jest, dziękuję, dobrze mi jest, — rzekła roztargnionym głosem.
Piękne, nieco zwierzęce jej oko błądziło po łąkach. Fioletowa arabeska na wylotach jej szala i jaskrawa szminka na ustach harmonizowały ze sobą i wybielały jeszcze bardziej jej cerę śniadej brunetki.
Jan Farou przyrzekł na podjeździe pozostawić kierownicę w rękach Fraisiera, nie jechać aż do ciemnej nocy, przyrzekł szybko i ze złą wolą to, czego od niego żądano.
— Jaki chcesz dziennik, Fanny?
— Na razie nie chcę żadnego, dziękuję. Jest mi dobrze.
„...A co najciekawsze, że nie jest mi wcale źle“, ciągnęła dalej w duchu.
Pierwsze stacyjki przesunęły się wzdłuż pociągu, obładowane altanami z gęstemi czarnemi winogronami. Farou czytał po swojemu gazety.
— Nie zapowiadają... Nie, nie zapowiadają jeszcze.
— Co? — zapytała, poderwawszy się, Fanny.
— No, prób. Skąd ty spadłaś?
— Wiesz, skoro musiałam wstać o piątej rano...
Zakręt toru kolejowego ukazał znów w dali oczom Fanny wzgórek, który opuszczała, kwadratową willę, której nie zobaczy więcej. Nachyliła się, aby ujrzeć znikający jeden z rzadkich domów, który gościł ją przez dwa sezony letnie od czasu małżeństwa.
Strona:Colette - Ta druga.pdf/95
Wygląd
Ta strona została przepisana.
91