Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
90

— Lepiej pan zrobi, jeśli poda jej pan rękę, — odparła Jane.
Szła ostatnia, pełna wdzięku w swoim dziewczęcym nieprzemakalnym płaszczu z blado-błękitnego jedwabiu. Farou zatrzymał się, aby poczekać na nią, wsunął rękę za pas z białej skóry, opinający biodra Jane i pociągnął ją.
— Wio! Hop, hop! Niebieski koniku!
Wyglądał, jak zawsze, przy końcu wakacyj, odziany w pożyczone ubranie, z otwartą bluzką i kamizelką, w kapeluszu zsuniętym na kark. Na czole jego kędzierzawił się gęsty pęk włosów, ozdoba byczków. Zgnieciony fałd spodni i luźna krawatka nie podobały się Jane. Ale Farou, z oczyma jasnemi i wyszczerzonemi zębami, śmiał się i umiał z gracją wzgardzić dobrym tonem.
— Hop! Hop! koniku!
„Co za niewinność!” podziwiała Fanny. „I co to mu ona powiedziała przed chwilą? Że lepiej zrobi, jeśli poda mi rękę... Ileż to razy wypowiadała podobne słowa od trzech — nie, od czterech lat? Nie zwracałam na to uwagi...” Lepiej pan zrobi jeśli poda jej pan rękę...”
Jedwabne pajęczyny zagradzały ścieżkę. Wieczorne słońce, niskie i czerwone, nie suszyło rosy. Sucha i złocista jesień gryzła podnóże małych gór jak rozpętany płomień. Fanny zerwała w przejściu, przez ogrodzenie ogrodu warzywnego fioletowe astry, któremi pogardziła poprzedniego dnia.

Jane chciała w pociągu urządzić „kącik Fanny”, rozwinęła koc z lekkiej kashy, wsunęła tekturowe