Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.




W chwili wyjazdu była mniej wesoła, ale wszyscy byli przyzwyczajeni do oziębłej niezręczności Fanny, powolnej przy wejściach dworcowych, nieco skrępowanej na stopniach samochodów. Kiedy nadszedł czas oddać strażnikom klucze Willi Dean i wsiąść do samochodu, Fanny jakby się obudziła, zawiązała pod uchem końce szala, zasadziła aż do nasady nosa futrzany beret, który zniekształcał gruby jej kok. Przechadzała się niepewnym krokiem po terasie, dotykała klamki zamkniętych drzwi.
— Nie, Fanny, nie, nie zapomniałaś niczego, — zawołała do niej Jane.
„Chciałabym, myślała Fanny, rozpocząć na nowo lato, uzbrojona w to, co wiem. Widziałabym dom, kraj i siebie samą inaczej. Już te puste krzesła nie posiadają tego samego kształtu. Ta wielka budowla jest mniej brzydka. Rozkład pokojów i dwóch pięter wydaje mi się jasny, jak w domu z rozwaloną fasadą...“
Usłyszała śmiechy i ujrzała jak Jan Farou, okryty dla żartu wszystkiemi nałożonemi jeden na drugi płaszczami, odchodził stożkowaty, jak stóg słomy. Zaśmiała się, aby ich naśladować, potknęła się i wykręciła sobie nogę.

— Zawsze te twoje kostki miękkie jak masło! — mruknął Farou.