Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
127

— Ta późna wizyta trwa bardzo długo... Czy on nie męczy ciebie, Fanny?
— Trochę...
— Słyszysz, Janie? Uciekaj prędko, mój mały.
Przeszedł próg, strzegąc się dotknąć Jane, a Fanny, uwolniona od wojowniczego dziecka, od jego surowej, nieokiełzanej, rozpaczliwej myśli, odetchnęła.
Samotność i ciszę mąciły jedynie hałasy ulicy i kroki przechodzącej Jane, długiej i jasnej, powiew rytmu jej sukni i jej miękkich gestów niewolnicy, dolatujący aż do łóżka.
Płomyk gazowy z aleji służył za lampkę nocną. Odkryte i blade łóżko Farou‘a oświetlało również pokój.
Bezsenność jest w swoich początkach oazą, do której chronią się ci, którzy muszą myśleć lub tajemniczo cierpieć. Od trzech godzin Fanny pragnęła ciemności i właśnie bezsenności. Tymczasem widziała nieustannie świeży i o barwach życia obraz grupki, przytulonej do ściany łazienki. Badała go szczegółowo, nagi łokieć oparty o ramię męskie, włosy Farou‘a na ścianie jak kula jemioły, dwa fruwające koniuszki fartuszka... Naogół nic straszliwego i nieprzyzwoitego, żadnego blasku ciała, któryby usprawiedliwił owe nierówne uderzenia serca w piersiach Fanny, owo urojone stwardnienie serca, ani strachu z nadmiernej obawy, że para zauważyła jej obecność.
„Muszę powiedzieć Farou‘owi. Farou‘owi czy Jane? I Farou‘owi i Jane...“
Nie poznawała siebie więcej.

— Jesteś zbyt prostoduszna, jesteś potworem, — mawiał Farou.