Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
124

wyrzuconemi za łóżko, nagiemi, szukającemi chłodu.
„Mam prawdopodobnie lekką gorączkę. Nie, to są szumy z aspiryny...“
Pełny, przypływający i odpływający dźwięk zbliżał się i oddalał od niej, przynosząc i cofając obraz, którego znaczenia nie pojmowała należycie w tej chwili: obraz Jane, przypartej do ściany, prawie przyduszonej dużem ciałem Farou‘a... Zasnęła i obudziła się około godziny jedenastej. Jan Farou prosił stłumionym głosem Jane o pozwolenie wejścia, Jane, stojąc na progu pokoju, trzymała go na wodzy w sposób pełny pruderji.
— Zmęczysz ją... To nie jest odpowiednie miejsce dla chłopca... Jutro, skoro spędzi spokojnie noc...
Wypocząwszy po krótkim śnie, Fanny nie chciała już, aby ją uważano za chorą i zawołała:
— Tak, tak, możesz wejść! Usiądź tutaj... Wiesz, nic mi nie jest.
— Nic? — zaprotestowała Jane. — Upadła, cała sztywna, o tutaj, gdzie stoję! Wróciła z próby, nie słyszałam nawet kiedy wróciła, i zauważyliśmy nawet, że wróciła późno...
Jan, który nudził się już, jak przy łożu szpitalnem, podniósł rozsądnie głowę:
— Kto, my?
— Twój ojciec i ja... Twój ojciec nie poszedł na próbę. Jego aktorzy byli u krawców. Wykąpał się, ogolił, wystroił jak na ślub...

Ale Jan słuchał. Przestał ostentacyjnie słuchać i milczał, gdy Jane wyszła z pokoju.