Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
123

— Nie, — rzekła onieśmielona Fanny...
To, co w niej było najbardziej pospolitego i wrażliwego, przyglądało się przez chwilę obrazowi, mącącemu spokój wszystkich kobiet: niewyraźnego i małego dziecka... Fanny położyła rękę na jasnem czole Jane i z wahaniem udała nieroztropną.
— To... to nie sprawiłoby... No, nie sprawiłoby ci to przykrości, gdybym wydała na świat niedobrego małego Farou?
Powieki Jane opadły, wszystkie rysy jej twarzy — rozdęte i zbielałe nozdrza, drżące kąciki ust, broda, zdradzająca poruszenia gardła, połykającego ślinę — walczyły i zwyciężyły.
— Nie, — rzekła, — otworzywszy znów oczy. — Nie, — powtórzyła, odpierając jakąś żądzę rewindykacji, którą stłumiała, — nie.
„Nie wierzę, aby kłamała“, pomyślała Fanny.
Nie cofnęła swojej ręki, która przygniatała jasne włosy. Podobnie trzymała zdala, na odległość ramienia, głowę i ciało, które byłaby chwyciła w swoje ramiona, uścisnęła w równouprawniającym bezładzie haremu.
Nieco później domagała się drobnych korzyści swego położenia. Była przedstawicielką dwóch potęg, szanowanych przez służbę domową: choroby i bogactwa. Dostała do łóżka filiżankę zupy, duszone kartofle, polane sosem z pieczeni, winogrona, ilustrowane dzienniki. Jane przebywała w salonie, aby nie nużyć „chorej“.
„Jak się mną zajmują“, pomyślała Fanny.

Ćwiczyła się w leżeniu na grzbiecie, z ramionami