Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
120

możliwą chorobę... Fanny załkała i oczy jej zwilżyły się.
— Gardło! Naturalnie! Aspiryna, chinina, łóżko, gorące napoje... Farou!
— Daj mu spokój...
— Też coś!... Farou!
Nadszedł z upudrowanemi policzkami i uszyma, nucąc pod nosem zaimprowizowaną piosenkę.
— Ona jest chora, — przerwała krótko Jane.
— Nie! — zaprotestowała Fanny, broniąc się.
— Nie? — rzekł Farou.
— Ona jest cho—ra! — potwierdziła Jane. Wielki Farou, czy pan idzie tam? A zatem niech pan wstąpi do apteki, która nie zamyka nigdy i niech pan poszle samochodem angielską aspirynę, pudełko autoplazmów, roztwór metylowy... Wypiszę to wszystko, da pan kartkę Fraisierowi...
Wyszła, gdy tymczasem Farou pochylił się nad Fanny, powtarzając:
— Co tobie, Fanny? Co tobie?...
„Ach, tem lepiej, to będzie wygodniej“, pomyślała Fanny.
Uśmiechnęła się lekko, prosząc Farou‘a o wybaczenie, zamknęła oczy i usunęła się jak długa na dywan.

Udane omdlenie dało jej czas na zwłokę, na wytchnienie. Oszańcowawszy się zamkniętemi powiekami, słuchała dźwięku głosu, przyspieszonych oddechów, Farou zgarnął ją na ręce, niezręcznie i z siłą. Zwisła bezwładnie w ramionach mężczyzny, stworzonych do porywania i ranienia. Wiedziała, że potłucze jej nogi, przechodząc przez drzwi, ale czuła, że trzy-