Przejdź do zawartości

Strona:Colette - Ta druga.pdf/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
118

już w przedpokoju, że Farou orzeźwił się kąpielą. Śpiewał w dali, przechodząc nieustannie z pracowni do łazienki, niegdyś białej, pożółkłej, o staromodnym komforcie.
 Nowa pokojówka, pełna gorliwości przez pierwsze czterdzieści ośm godzin, kroczyła za kamerdynerem i odbierała polecenia, wydawane przez niego półgłosem. Oboje kręcili się nabożnemi krokami dokoła ustawionego stołu jak dokoła wezgłowia nieboszczyka. Ale Fanny wiedziała już, że nowa służąca paliła w oficynach papierosy i gasiła niedopałki naparstkiem... To nic! Dom ten podobny był tego wieczora do ogniska domowego, pozbawionego pana, ozdobionego prawdopodobnie oddaną, a niewątpliwie tak mało winną przyjaciółką... Potrzeba spokojnego kochania, zapomnienia o wszystkiem i starzenia się zmiękczyła serce Fanny.

„Kiedy znów zakwitnie okres przesilenia
Kiedy Rip, Piotr Wolff i Bourdet
Dostaną dość pożywienia...
Kiedy Mirande, dumny z udziału w zdobyczy...

— śpiewał Farou, który nie był przesądny.
 Śmiech Jane przyjął improwizację i Fanny, która chcąc zapalić boczne kandelabry toaletki, położyła na łóżku wielki karton, ujrzała w jasnej głębi łazienki Farou’a w koszuli i Jane, obciążoną fartuchem służącej i płókającą pędzel do golenia.
 — Co? — rzekł Farou. — Może to nie jest piękna piosnka?
 — Głupia! — odparł anielski głos Jane.

 — Ach, tak, głupia?...